Blog firmowy, jako forma komunikacji z Klientami, przyjaciółmi i partnerami? Forum wymiany myśli i doświadczeń? Dlaczego nie! Tak właśnie powstał pomysł na prowadzenie bloga firmowego. Nie mamy jednak zamiaru pisać tu o tak błachych sprawach jak bigi, perforacje i tym podobne. Będziemy pisać o NAS, o tym czego doświadczamy w życiu codziennym - nie tylko w godzinach pracy. Będziemy dzielić się swoimi – nie zawsze trzeźwymi – obserwacjami świata. Będziemy także chwalić się swoimi osiągnięciami. Porażki jeśli się zdarzą – pewnie też opiszemy. Jeśli jesteś ciekawy, co zawodowo robimy na co dzień – zajrzyj na naszą stronę stalbiga.pl

1st
LIS

Powrót do rzeczywistości

Napisany przez Paweł Trynka w kategorii Po godzinach

Dawno nic nie napisałem… a to weny nie było, a to czasu… wiecie jak to jest… :D

Tak było do czwartku.

Otóż moi mili wybrałem się do Hamburga. Niby nic wielkiego – przecież blisko ktoś powie. Tak – ale to była moja pierwsza samodzielna podróż zagraniczna. Nie liczę wakacyjnych wyjazdów, bo to inna bajka zupełnie. Tym razem pojechałem tam biznesowo. Ponieważ kupujemy nową maszynę do wykonywania kontraform oraz makiet, postanowiłem osobiście przypilnować załadunku. Oczywiście to tylko połowa prawdy, ponieważ przy tej okazji postanowiłem trochę pozwiedzać. Wyjechać miałem w piątek rano, ale już o 21 dnia poprzedniego  doszedłem do wniosku, że jestem tak przejęty, że na pewno nie zasnę. Szybka decyzja i już o 22 w czwartek wyjeżdżałem ze stacji benzynowej kierując się prosto na autostradę A4 prowadzącą do granicy, później kierunek Berlin i Hamburg. Nie ukrywam byłem lekko „spietrany” – lekko licząc miałem przed sobą ponad 900km do przejechania. Ponieważ na miejscu umówiłem się na godzinę 17 dnia następnego,  postanowiłem jechać ekonomicznie, żeby za wcześnie nie przyjechać. Co dziwne, nawet udało mi się nie przekraczać prędkości 120km/h. Doturlałem się w tym tempie do granicy – po drodze przeżywając rozterki odnośnie haka holowniczego, który mam zamontowany w aucie… i skąd wziąć dwie „dziewiętnastki” żeby go odkręcić. Jako że do granicy stacji benzynowych  wiele nie ma, skończyło się na rozterkach. Nasłuchałem się kiedyś historii jak to Niemcy tępią biednych Polaków za „manie” haka bez ciągnięcia przyczepy. Nic to – pojechałem z hakiem. Pierwszy postój zrobiłem gdzieś koło Berlina na jakiejś sieciowej kawiarnio-knajpie.  Kupiłem kilka batoników, siusiu i…spanko. W sumie nic dziwnego, ale… Język niemiecki znam tylko i wyłącznie ze „Stawki większej niż życie” toteż poznane tam zwroty niekoniecznie mogą być przydatne w życiu codziennym. Poza tym bardzo pozytywne wrażenie zrobiła na mnie ichniejsza toaleta na stacji – czysto, pachnąco, z głośniczka muzyka. Sprawa trudniejsza – zakupy. Kupiłem parę batoników typu Lion, popatrzyłem na kasę podałem banknot, wymamrotałem „Danke Szon” i wróciłem do auta. Jakoś poszło. Była 3 nad ranem. Żeby za wcześnie nie dojechać postanowiłem się przespać, wcześniej zjadłszy batoniki. Nic nadzwyczajnego, ale te nasze polskie „lajony” smakują jak za przeproszeniem trawa. Niestety nie przywiozłem żadnego na zaś ;(

Przespałem się do 5 rano – i pomału otwierając oczy popatrzyłem na tabliczkę przy parkingu. Wydedukowałem, że na tablicy stoi aby nie parkować tam gdzie zaparkowałem, bo to miejsce dla matek z dziećmi. No tak – przyjechał cep z Polski :D Dobrze, że mamusie ze swoimi pociechami nie uczęszczają na huśtawki w godzinach 3-5 nad ranem, gdyż „siara” by była niekiepska. Niekoniecznie pokrzepiony swoim odkryciem, wyruszyłem w dalszą podróż. Podróż była nudna. Autostrada, autostrada… i tak do samego Hamburga. Do Hamburga dojechałem około 8 rano. No i tu się zaczęło. Jechałem jak urzeczony. Urzeczony kulturą jazdy niemieckich kierowców. U nich też zdarzają się remonty i przewężenia podobnie jak u nas – różnica polega na tym, że u nas robi się gigantyczny korek i ruch odbywa się z prędkością 5km/h. Tam zwężenie na zasadzie „zamka błyskawicznego” odbywa się przy prędkości 80km/h w terenie zabudowanym. Da się.Sam jestem fanem raczej dynamicznej jazdy i drażni mnie kiedy ktoś jedzie 30km/h bez wyraźnej przyczyny. Tam odbywa się to poprostu genialnie. I zmiana pasa ruchu nie przypomina walki o życie – włączasz kierunkowskaz i natychmiast widzisz jak auta na pasie na który chcesz zjechać robią miejsce. Niesamowite.

Po cichu przyznam się, że miałem tam w Hamburgu jeszcze małą misję do wykonania. Otóż nasze dziewczyny – moja żona Beata i Kaśka – zażyczyły sobie, że jak już tam będę, to koniecznie muszę im coś w nagrodę kupić. Toteż od razu skierowałem się do centrum miasta celem znalezienia centrum handlowego. Znalazłem. Może nie centrum handlowe ale ulicę handlową. Siedziby C&A, Nike, Adidas, Zara to 2-3 piętrowe budynki. Wchodzę i… rozczarowanie. Przeszedłem przez większość możliwych sklepów z ciuchami, dodatkami itp – asortyment ten sam co u nas. Dokładnie ten sam – tylko drożej. Ponieważ jak już wspomniałem, spotkanie miałem dopiero o 17, miałem zatem 9 godzin na szwędanie się po mieście. Do 13 uwinąłem się z przemarszem przez sklepy. Nie kupiłem nic :( Postanowiłem zatoczyć trochę większe koło – niestety nie wziąłem aparatu. Znalazłem jakieś centrum handlowe – różniło się od naszej galerii Kazimierz tym że zamiast 2 pięter miało 5 :D i coś czego u nas nie ma – sklep z ozdobami o powierzchni dobrych 400m2. Wyszedłem z tego sklepu i skierowałem się w stronę auta… i zabłądziłem. Hmm… obce miasto,  nie znam języka, nie mam mapy. Ale co tam – nie takie rzeczy się robiło. W mieście jest kilka wysokich wierz, które teoretycznie mogą służyć za punkty orientacyjne. Ale w dość rozległej zabudowie, nie są owe punkty zbyt widoczne. Tym oto sposobem trafiłem/zabłądziłem do alei seks-shopów, sex-kin i innych hotelików. Niestety nie przetestowałem, gdyż zjawisko było na tyle dla mnie niecodzienne – zobaczyć tyle seks-shopów naraz – że oddaliłem się dość szybko z tego miejsca. A mogłem chociaż zobaczyć co oni mają w tych sklepach :D Może następnym razem. Postanowiłem być prawdziwym mężczyzną i nie pytać nikogo gdzie jestem. Na podstawie pomniku Bismarca i planu na przystanku autobusowym ustaliłem jako tako kierunek marszruty i już po godzinie 15 byłem przy samochodzie. Szacuję, że tego dnia lekką ręką przeszedłem 25km. Nazajutrz obolałe kończyny dolne potwierdziły to. O 17 stawiłem się na umówionym spotkaniu, gdzie odbyła się prezentacja możliwości maszyny. Później kolacja w hotelu i o 21.30 padłem jak mucha. Nazajutrz pobudka o 6 rano, o 9 załadunek maszyny na samochód. Następnie pojechałem do oddalonej od Hamburga o 160 km miejscowości, której nazwy nie jestem w stanie napisać bez błędów, aby odwiedzić firmę o podobnym profilu jak nasz. Spotkanie okazało się bardzo sympatyczne.  Podobnie jak my,  firmę prowadzi małżeństwo, a żona jest Polką.  O 16 jechałem już z powrotem, przez Hanower, Berlin… Niestety przez roboty drogowe na Berliner Ring gdzie z pięciu pasów robią się 2, spędziłem godzinę w korku. Jednak nie jest tak idealnie. Zdanie zweryfikowałem przekraczając granicę z Polską. Dziurawa pseudo droga z ograniczeniem do 80km/h doprowadziła mnie do niemałej frustracji – stąd tytuł.  Trasę ponad 950km pokonałem w 8 godzin, nie pytajcie jak – mało ekonomicznie w każdym razie ;)

Przyjechałem o północy z piątku na sobotę i padłem. Dziś jest niedziela – poza miłymi wspomnieniami zostało mi do degustacji  „kilka” przywiezionych butelek piwa pszenicznego :) Będzie mi brakowało tego, że kiedy wchodzę do sklepu ktoś z obsługi się do mnie uśmiecha i mówi „dzień dobry” i pyta jak się mam. Jedynym pocieszeniem jest to, że już jutro idę do pracy i zobaczę znajome uśmiechnięte twarze i… powinna przyjechać nowa maszyna.